Tytułem wprowadzenia Po raz pierwszy mam przyjemność zamieścić tutaj relację z mojej podróży. Ale wcześniej o Waszych przeczytałam naprawdę dużo. I zawsze, nieodmiennie jestem pod wrażeniem historii, którymi się dzielicie na forum. Zdaje mi się, że potraficie z Waszych podróży wycisnąć wszystko na maksa. Z reguły macie świetny plan, który realizujecie w całości albo w całości + jeszcze coś tam:) Jesteście przygotowani chyba na wszelkie okoliczności, zmęczenie jakby się Was nie imało (ewentualnie tylko troszkę lub przypadkiem), radzicie sobie ze wszelkimi nieprzewidzianymi sytuacjami na trasie w sposób budzący szczery podziw. Więc chcę tu wyrazić przede wszystkim pełen szacun dla tych wszystkich imponujących mi Podróżników, którzy na forum opisują swój sposób podróżowania. Kreatywnych, zorganizowanych, ogarniętych. My tacy nie jesteśmy (mam na myśli podróżowanie z mężem). Ale to nie przeszkadza nam podróżować, bo to zajęcie bardzo egalitarne:) Mamy sporo ograniczeń. Nie jesteśmy już ani piękni i młodzi, ani nawet sprawni. Przedstawiam więc głównych bohaterów relacji: - ja - pełna zachwytów (i chyba niestety egzaltacji) maniaczka urokliwych widoków z hotelowych okien (no cóż, tak mam i to się chyba już nie zmieni), - mąż - na odmianę nierzadko czarnowidz (choć, przyznaję, pracuje nad tym - co by nie mówić, czarnych scenariuszy ostatnio coraz mniej), do tego osoba z niepełnosprawnością w stopniu znacznym. Chyba odkryłam tu pewną niszę na forum, zdaje mi się, że jeszcze nikt nie pisał o tym, jak się podróżuje z takimi ograniczeniami. Ze względu na stan zdrowia męża raczej nie mamy na koncie dłuższych podróży w najdalsze zakątki świata. Ale to nie znaczy, że nie podejmujemy żadnych wyzwań:) Nie dalej jak w zeszłe wakacje uczestniczyliśmy w stworzonym przez siebie:) projekcie pod hasłem “34 dni na 34-tą rocznicę ślubu”. Jaki kierunek mogliśmy wybrać dla tej podróży, jeśli mój mąż jest miłośnikiem kultury i sztuki Wschodu, a ja kocham wyprawy na Południe? Wybór był prosty. Kierunek Bałkany - to tam mieliśmy świętować nasze długoletnie małżeńskie pożycie:) Zważywszy na to, że na przygotowania mieliśmy zaledwie parę dni, to najogólniej rzecz biorąc, można tę podróż określić w najłagodniejszy sposób jako... niedopracowaną. Ale szczerze mówiąc, określenie pod tytułem “na wariackich papierach” też tutaj pasuje. Tak więc w naszej szalonej podróży objechaliśmy Serbię, Macedonię Północną, Albanię, Czarnogórę, Bośnię, a nawet kawałek Grecji i Chorwacji. Gdy wróciliśmy, zaczęłam na swoim, hmmm, równie niedopracowanym, blogu spisywać relację po kolei z każdego z tych krajów. Tak więc we wrześniu powstała opowieść o Serbii..., no i na tym się skończyło, bo wyruszyliśmy w następne podróże. Dopiero, gdy Sars - Covid19 skutecznie uziemił nas w domu, wróciłam do pisania. Zerknęłam na ostatni z powstałych w zeszłym roku odcinków relacji, noszący tytuł “Przez Gučę do Macedonii” i zaczerpnęłam z niego początek tej historii. Tak oto zaczyna się opowieść o kolejnym państwie na naszej trasie:
“Dzień podróży: 9 (30.07)
Do Macedonii zbliżamy się już późnym popołudniem. Zastaję ją taką, jaką pamiętam sprzed lat. Obrośnięte pożółkłą trawą góry sprawiają tak samo surowe wrażenie, jak podczas przejazdów tranzytem do Grecji. Po raz pierwszy w podróży decydujemy się jechać autostradą – lubimy wiejskie drogi, przy nich zawsze życie mieszkańców jest bardziej autentyczne, ale zdecydowanie nie mamy ochoty błądzić w środku nocy w poszukiwaniu Monastyru Joakima Osogovskiego, gdzie zarezerwowaliśmy następny nocleg. Docieramy tam już po ciemku, na szczęście dojazd jest dość dobrze oznakowany, a Macedończycy chętni do wskazywania właściwego kierunku. Zanim dopełnię rezerwacyjnych formalności, natknę się życzliwą Serbkę ze Stanów, która pokaże mi, jak zaopatrzyć się w wodę do toalety. Potem poznam też jej polskojęzyczną rodzinę. W monastyrze tego dnia jest awaria. Po całym dniu w upale, brak wody stanowi dosyć dotkliwie odczuwaną niedogodność. Ale przecież ta podróż jest, by cieszyć... Więc cóż, wprawdzie brudni, ale uradowani, oglądamy tego dnia przed zaśnięciem jeden z najwspanialszych widoków w podróży. Okna naszego pokoju wychodzą na pogrążony we śnie nocy letniej przepiękny Monastyr Osogowski. WITAMY W MACEDONII!”
Dzień podróży: 10 (31.07)
(Opisywany już prawie rok później) Rano w hotelu wciąż jest problem z wodą. Nie tyko że po raz kolejny rozwiewa się wizja upragnionej kąpieli, ale nawet skorzystanie z toalety znów rodzi konieczność napełnienia wiader przy restauracji kilka pięter niżej. Podobno taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w historii obiektu. Na pocieszenie dostajemy pod drzwi parę butelek wody mineralnej do picia, zaś na przeprosiny, podczas wymeldowania, hmm, butelkę monastyrskiego wina:) Tyle, że my się zupełnie nie gniewamy. Tym bardziej, że nie musimy wcale płacić za pobyt. Pierwszy raz w czasie naszych wszystkich podróży zdarza się, aby w zamian za jakąś niedogodność, hotel zrezygnował z zapłaty. To dla nas zupełnie nowe podróżnicze doświadczenie:) Możemy też przedłużyć dobę hotelową do czasu usunięcia awarii, czyli o jakieś dwie godziny, żeby móc się wykąpać przed dalsza podróżą. Niestety nie mamy tyle czasu i decydujemy, że po śniadaniu (także w gratisie:) oraz zwiedzeniu monastyru, ruszamy w dalszą drogę - wraz z naszym brudem, trzema butelkami wody mineralnej i monastyrskim winem. Ale za to z jakimi wspomnieniami:) , *****
Monastyr Osogovski położony jest w górach, jakże cudownie zielonych, wzrok z ulgą wypoczywa po zmęczeniu żółtym krajobrazem dnia poprzedniego. To wyjątkowo piękne miejsce w każdym calu - podoba mi się nasz prosty pokój, podziwiam cały obszerny kompleks hotelowy dla pielgrzymów, nie mówiąc już nawet o zachwycie nad klasztorem z cerkwią. , , Malowidła otaczające wejście do jej środka po prostu mnie urzekają. Jaką wyobraźnię musiał mieć człowiek, który je stworzył, uzewnętrzniając w ten sposób swoją niezwykłą wizję świata. Siedzę pod nimi na ławeczce i siedzę, i wprost nie mogę się napatrzeć na detale tej naściennej sztuki. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam. , A z kolei po wejściu do środka nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Święty Joakim Osogovski nie spuszcza ze mnie wzroku. Ach, co to za przeżycie. Na pewno tu wrócę, nawet gdybym znów miała się nie myć:) , *****
Polskojęzyczna rodzina amerykańskiej Serbki jest przemiła. Spotykamy się po raz kolejny podczas śniadania. Po polsku mówi jej mąż, teściowa i szwagierka. Z ostatnią z nich połączy mnie bliższa więź. Janę zaliczam od tamtej pory do swoich facebookowych znajomych. , Seniorka rodu opowiada nam jego związaną z Polską historię. To opowieść o wojnie w macedońskiej części Grecji, emigracji do Szczecina i przeprowadzce wraz z mężem i dziećmi do Macedonii Północnej wówczas, gdy było to możliwe. Jana i jej brat urodzili się w Polsce, może już nie tak dobrze pamiętają język jak ich matka, ale rozumieją, co do nich mówimy. , Nie pytaliśmy naszej rozmówczyni o narodowość. Ale to wątek podróży związany zarówno z historią Macedonii, jak i Grecji. , ***** Jakim ciepłym wspomnieniem pozostaje to pierwsze pyszne macedońskie śniadanie, którym delektujemy się w przemiłym polskojęzycznym towarzystwie na restauracyjnym tarasie z widokiem na kopuły monastyru. Seniorka rodu tłumaczy nam, że oto w Macedonii powstał nowy trend, zwany turystyką monastyrową. Zdziwieni stwierdzamy, że z naszymi obecnymi planami właśnie się w niego wpisujemy. Najbliższe noclegi mamy zaplanowane w Monastyrach Treskawiec i Sveti Naum. Rzeczywiście pierwsze trzy dni (noce) w Macedonii stały się naszą turystyką monastyrową, nawet, jeśli o niej wcześniej nie słyszeliśmy. , Ale mamy w związku z tym pewien problem: 'nocleg w Treskavcu' zaplanowaliśmy na podstawie informacji z bloga, który się pojawił jako pierwszy po wpisaniu powyższego hasła w google. Nie do końca odrobiliśmy lekcję związaną z przygotowaniem do podróży, naprawdę nie było czasu na wiele więcej. Ale ucieszyło nas, gdy przeczytaliśmy tam: “W Treskavcu goście mogą liczyć na bezpłatny nocleg w skromnie zagospodarowanych pokojach” (blog dwakapi.pl) Podjęliśmy natychmiastową decyzję, choć jej przesłanki były tylko kruchym lodem, po którym nie powinno się stąpać. Intuicyjnie jednak czuliśmy, że o takie miejsce w tej podróży właśnie nam chodziło. Oczywiście, gdyby ten plan nie wypalił, to na wszelki wypadek w bagażniku podróżował z nami cały sprzęt turystyczny: od namiotu, karimat i śpiworów po stoliczek i krzesełka turystyczne. Ale nie jesteśmy już młodzieniaszkami, średnio czujemy się w płóciennym domku i oczywiście wolelibyśmy mieć prawdziwy dach nad głową. I tu z pomocą wkracza Jana wraz ze swoim facebookiem i jego możliwościami. Szybko pisze wiadomość do Monastyru w Treskavcu. Zanim skończymy śniadanie, nadchodzi upragniona odpowiedź. Treskavcowy mnich wyjechał, ale przenocować można. Hurrra! Szczęście nam sprzyja. Nie dość, że mamy nocleg, to jeszcze poznaliśmy Janę o wielkim sercu. Na facebooku oglądam fotografie jej psów i słucham opowieści o tym, jak im pomaga. To niesamowite, jakich ludzi przynoszą nam podróże. Takich rzeczy po prostu zaplanować się nie da. Z kolei brat Jany pokazuje mi na swoim aparacie fotografie ptaków. Są wprost zjawiskowe, od razu rozpoznaję zawodowca. I wcale się nie mylę, fotograf ma na swoim koncie ptasi film wyemitowany przez CNN. Ale też sprzęt, który leży sobie obok talerza z serami na kawiarnianym stoliku robi wrażenie, jakby za niego można było kupić połowę monastyrskiego hotelu. To pierwszy, lecz nie jedyny, fotograf ptaków, którego poznamy w czasie tej podróży. To śniadanie pod Monastyrem Osogovskim w ogóle jest w naszej wakacyjnej przygodzie jak moment zawiązania wielowątkowej akcji. Cóż, musimy się w nią wreszcie włączyć, choć z przyjemnością byśmy jeszcze spędzili czas z przemiłą rodziną i pogrążali się w nicnierobieniu. Dobrze nam tu, gdzie Święty Joakim ma na nas oko i z ociąganiem zbieramy się w dalszą podróż. Matka Jany radzi, by po drodze wstąpić do monastyrów w Strumicy i ... (nie pamiętam nazwy - wpiszę, jak tylko Jana mi ją poda,napisałam do niej w tej sprawie na messengerze). To taka rada - prezent dla mojego męża, który jakby nie było, zaliczył jeden semestr kursu malowana ikon. To nic, że na razie nauczył się tylko malować tło w postaci domków i skałek:) - miłość do tego rodzaju sztuki prowadzi nas właśnie po Bałkanach. Mama Jany jest pewna, że wskazane przez nią miejsca będą dla męża wyjątkową inspiracją. Brakuje słów, by podziękować przemiłej polskojęzycznej rodzinie dawnych uchodźców wojennych za to spotkanie w podróży. Już sam fakt nieoczekiwanego zetknięcia, w zagubionym daleko od świata zakątku Północnej Macedonii - z polską historią w tle, sprawił ogromną radość. Nadszedł czas pożegnania ze wspaniałymi ludźmi, choć na pewno nie z opowieściami o Grecji i emigracji. To pierwszy, lecz nie ostatni grecki motyw naszej podróży. Grecja wzywa męża do powrotu już od kilku lat, nie udało się jej jednak “wcisnąć” w bogaty program tegorocznego wyjazdu. Mimo to odciśnie ona wyraźne piętno na obecnej wakacyjnej przygodzie, która zaskoczy nas jeszcze niejedną grecką niespodzianką. ***** Niestety, nawet ogromne umiłowanie do ikon i sztuki ich malowania nie zaprowadzi nas tego dnia do monastyrów w Strumicy i ... (no tego drugiego, na którego nazwę czekam). Nie mamy tyle czasu. Tym bardziej, że chcemy jeszcze po drodze zobaczyć obiekty sakralne w okolicy. , No i choć może nie wybraliśmy najlepiej, bo pierwszy z nich (Cerkiew Świętego Jerzego) był zamknięty na głucho, a drugi (Monastyr Świętej Trójcy), mimo że ładny, wyglądał, jakby go zbudowano tuż przed naszym przyjazdem, to i tak byliśmy zadowoleni. , Bo w drodze do nich mieliśmy kilka zaskakujących spotkań: smutne - z niewydojoną kozą, radosne - z bardzo przyjaznym osłem, który wybiegł nam na przywitanie prawie prosto pod koła, a jego śmiech był po prostu niezapomniany, a na koniec z bardzo przyjaznym pasterzem, równie niezapomnianym. , Miło było słuchać jego opowieści - o podobieństwie języków, rozumieniu polskiego, a także poznać historię pożarów, które przyszły z Bułgarii i spustoszyły okolice. Niestety, znów czas się żegnać - ponownie odjeżdżamy z niedosytem po kolejnym spotkaniu w podróży. Jedziemy w stronę gór, tak wysokich i poszarpanych, że aż trudno nam uwierzyć, iż nasza trasa zaprowadzi nas gdzieś między ich szczyty. Po drodze mamy niezwykle burzliwą dyskusję, na temat polskiej nazwy dla osoby, która tworzy ikony. Ikonopis - upieram się przy takim słowie. Jest niecodzienne, zabarwione kolorytem Wschodu, w moim odczuciu oryginalne. Mąż stoi na stanowisku, że to rusycyzm i że trzeba szukać polskiego odpowiednika. Czyli, że jak? Malarz ikon - jakże to brzmi pospolicie, niewiele lepiej od sformułowania “malarz powierzchni ściennych”, nie oddając wcale specyficzności i mistycyzmu profesji. Z kolei ikonopisarz to dla mnie jakiś potwór językowy, dosłowne tłumaczenie robi z twórcy taką nazwą prawie dziwoląga. Inne określenia na zasadzie opisu czynności też do mnie nie przemawiają. Ikonopis i już - dla mnie to właśnie tak zostanie. , W takiej atmosferze semantycznego sporu dojeżdżamy wreszcie do Prilepa. Przed odosobnieniem się w górach, skrywających Treskavec, musimy jeszcze się posilić. Stajemy pod pierwszą lepsza knajpą przy drodze i to okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jakie wspaniałe uwijacze (zarówno pileszki, jak i swinski) serwują w restauracji Alszan (o ile dobrze rozszyfrowałam jej nazwę z macedońskiego:). Kto spróbuje, ten nie pożałuje. A do tego wino domu (Vinery Dalvina) - podawane do stołu w półlitrowych karafkach. Pierwsza macedońska degustacja - i od razu zachwyt. , Ale możliwe, że to po prostu dlatego, że znów zachwyca mnie właściwie każda rzecz na naszej drodze. To był taki dobry dzień, wszystko mnie cieszy i do wszystkiego jestem nastawiona pozytywnie. Mąż kierowca nie może pić? Nic nie szkodzi, wypiję za niego:) To, że po zmęczeniu podróżą i temperaturze, powodującej omal przegrzanie, wino uderza do głowy jak rzadko kiedy - to też nic nie szkodzi. Jest przecież wspaniale, widać już monastyr, do którego wspinamy się jakże niewiarygodną w swej urodzie dróżką. Nastrój mam taki, jakbym po winie w Prilepie nabawiła się epizodu manii i na takiej nastrojowej górce docieram do Treskavca. O tym, że miał tam miejsce pożar, wiedzieliśmy z internetu, a także od rodziny Jany. Cerkiew jest mocno uszkodzona, ale wokół niej widać postępujące ślady remontu. Niektóre z otaczających ją zabudowań są już w znacznej mierze doprowadzone do stanu, w którym widać, jak będą wyglądały w przyszłości i to właśnie tam postanawiamy urządzić sobie bazę noclegową. W pomieszczeniu z widokiem na cerkiewne wejście (bo wiadomo, widoki przede wszystkim:) rozkładam nasze koce i poduszki, karimaty i śpiwory też doczekały wreszcie w tej podróży opuszczenia bagażnika. Jesteśmy przygotowani do noclegu. I wtedy zjawia się mnich. Zauważam go, idąc do cerkwi. Cieszę się, że jednak powrócił na nocleg w swoim monastyrze. Wciąż w mega uniesieniu doganiam naszego gospodarza, bo jednak dobre wychowanie wymaga, by przedstawić mu osoby, które będą dziś u niego spały. Pytam, czy pomieszczenie, które wybrałam na nocleg jest odpowiednie i czy nie ma nic przeciwko temu? I słyszę, że ma. Nie możemy tutaj nocować, bo on jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas prac remontowych. Po prostu to wbrew przepisom. Ale jak to? Przecież pisaliśmy (Jana) na facebooku i dostaliśmy zapewnienie, że możemy tu spędzić noc, czyż nie? Mieliśmy zgodę - sytuacja mnie przerasta i wciąż do mnie nie dociera, co mówi mnich. Patrzy na mnie z wyrozumiałą cierpliwością, gdy ja jak katarynka powtarzam swoje, nie mogąc ogarnąć tego, co się dzieje: przecież ta prośba na facebooku, pozytywna odpowiedź, byliśmy pewni, że to wszystko ok, no co jest? Czy mnich tego nie rozumie? Facebook, drogi Mnichu, przypomnij sobie, facebook... - Ale my tu nie mamy facebooka - słyszę odpowiedź. O, nie! ,
***** Długo nie docierało. Może to macedońskie procenty, a może zbyt to było piękne i wyczekane, żeby tak po prostu dać się wyprosić. W końcu dotarło. Mnich wyjaśnił, że mają kłopot, bo ktoś w internecie podszywa się pod ich monastyr. Usłyszałam w głowie trzask walących się marzeń. Podkuliłam ogon. Próbując jeszcze ratować ich okruchy, pokornie spytałam, czy w takim razie możemy rozłożyć się przed bramą (na zewnątrz monastyru), widziałam tam ławeczki (bo rozkładanie namiotu po ciemku przekraczało nasze możliwości). Tak, na to uzyskałam pozwolenie bez trudu. Mnich skierował się do bramy i zapalił tam dla nas światło. - Nie trzeba, nie jest nam potrzebne - gorliwie zapewniam, nie chcąc już sprawiać więcej kłopotu. Mnich zgasił światło. Spojrzał na mnie i chyba wyobraził sobie moje pomieszane uniesienie z gorliwością, zagubione w ciemnościach nocy za bramą klasztoru. Jeszcze chwilę się wahał. A potem machnął na mnie ręką... W taki oto sposób zdobyłam zgodę na zanocowanie w jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, z jakim się kiedykolwiek zetknęłam. W duchu podziękowałam macedońskim procentom, które nie pozwoliły tak łatwo uwolnić się mnichowi od mojej obecności. Które kazały mi za nim dreptać i na okrągło tłumaczyć to, co było raczej niewytłumaczalne.
Hurrra! Szczęście naprawdę nam sprzyja. Przede mną jedna z niewielu w moim życiu nocy pełnych nieziemskiej magii. , CDN
Po raz pierwszy mam przyjemność zamieścić tutaj relację z mojej podróży. Ale wcześniej o Waszych przeczytałam naprawdę dużo. I zawsze, nieodmiennie jestem pod wrażeniem historii, którymi się dzielicie na forum.
Zdaje mi się, że potraficie z Waszych podróży wycisnąć wszystko na maksa. Z reguły macie świetny plan, który realizujecie w całości albo w całości + jeszcze coś tam:) Jesteście przygotowani chyba na wszelkie okoliczności, zmęczenie jakby się Was nie imało (ewentualnie tylko troszkę lub przypadkiem), radzicie sobie ze wszelkimi nieprzewidzianymi sytuacjami na trasie w sposób budzący szczery podziw. Więc chcę tu wyrazić przede wszystkim pełen szacun dla tych wszystkich imponujących mi Podróżników, którzy na forum opisują swój sposób podróżowania. Kreatywnych, zorganizowanych, ogarniętych.
My tacy nie jesteśmy (mam na myśli podróżowanie z mężem). Ale to nie przeszkadza nam podróżować, bo to zajęcie bardzo egalitarne:)
Mamy sporo ograniczeń. Nie jesteśmy już ani piękni i młodzi, ani nawet sprawni. Przedstawiam więc głównych bohaterów relacji:
- ja - pełna zachwytów (i chyba niestety egzaltacji) maniaczka urokliwych widoków z hotelowych okien (no cóż, tak mam i to się chyba już nie zmieni),
- mąż - na odmianę nierzadko czarnowidz (choć, przyznaję, pracuje nad tym - co by nie mówić, czarnych scenariuszy ostatnio coraz mniej), do tego osoba z niepełnosprawnością w stopniu znacznym.
Chyba odkryłam tu pewną niszę na forum, zdaje mi się, że jeszcze nikt nie pisał o tym, jak się podróżuje z takimi ograniczeniami.
Ze względu na stan zdrowia męża raczej nie mamy na koncie dłuższych podróży w najdalsze zakątki świata. Ale to nie znaczy, że nie podejmujemy żadnych wyzwań:)
Nie dalej jak w zeszłe wakacje uczestniczyliśmy w stworzonym przez siebie:) projekcie pod hasłem “34 dni na 34-tą rocznicę ślubu”. Jaki kierunek mogliśmy wybrać dla tej podróży, jeśli mój mąż jest miłośnikiem kultury i sztuki Wschodu, a ja kocham wyprawy na Południe? Wybór był prosty. Kierunek Bałkany - to tam mieliśmy świętować nasze długoletnie małżeńskie pożycie:)
Zważywszy na to, że na przygotowania mieliśmy zaledwie parę dni, to najogólniej rzecz biorąc, można tę podróż określić w najłagodniejszy sposób jako... niedopracowaną. Ale szczerze mówiąc, określenie pod tytułem “na wariackich papierach” też tutaj pasuje. Tak więc w naszej szalonej podróży objechaliśmy Serbię, Macedonię Północną, Albanię, Czarnogórę, Bośnię, a nawet kawałek Grecji i Chorwacji. Gdy wróciliśmy, zaczęłam na swoim, hmmm, równie niedopracowanym, blogu spisywać relację po kolei z każdego z tych krajów.
Tak więc we wrześniu powstała opowieść o Serbii..., no i na tym się skończyło, bo wyruszyliśmy w następne podróże. Dopiero, gdy Sars - Covid19 skutecznie uziemił nas w domu, wróciłam do pisania. Zerknęłam na ostatni z powstałych w zeszłym roku odcinków relacji, noszący tytuł “Przez Gučę do Macedonii” i zaczerpnęłam z niego początek tej historii. Tak oto zaczyna się opowieść o kolejnym państwie na naszej trasie:
“Dzień podróży: 9 (30.07)
Do Macedonii zbliżamy się już późnym popołudniem. Zastaję ją taką, jaką pamiętam sprzed lat. Obrośnięte pożółkłą trawą góry sprawiają tak samo surowe wrażenie, jak podczas przejazdów tranzytem do Grecji. Po raz pierwszy w podróży decydujemy się jechać autostradą – lubimy wiejskie drogi, przy nich zawsze życie mieszkańców jest bardziej autentyczne, ale zdecydowanie nie mamy ochoty błądzić w środku nocy w poszukiwaniu Monastyru Joakima Osogovskiego, gdzie zarezerwowaliśmy następny nocleg. Docieramy tam już po ciemku, na szczęście dojazd jest dość dobrze oznakowany, a Macedończycy chętni do wskazywania właściwego kierunku. Zanim dopełnię rezerwacyjnych formalności, natknę się życzliwą Serbkę ze Stanów, która pokaże mi, jak zaopatrzyć się w wodę do toalety. Potem poznam też jej polskojęzyczną rodzinę.
W monastyrze tego dnia jest awaria. Po całym dniu w upale, brak wody stanowi dosyć dotkliwie odczuwaną niedogodność. Ale przecież ta podróż jest, by cieszyć... Więc cóż, wprawdzie brudni, ale uradowani, oglądamy tego dnia przed zaśnięciem jeden z najwspanialszych widoków w podróży. Okna naszego pokoju wychodzą na pogrążony we śnie nocy letniej przepiękny Monastyr Osogowski.
WITAMY W MACEDONII!”
Dzień podróży: 10 (31.07)
(Opisywany już prawie rok później)
Rano w hotelu wciąż jest problem z wodą. Nie tyko że po raz kolejny rozwiewa się wizja upragnionej kąpieli, ale nawet skorzystanie z toalety znów rodzi konieczność napełnienia wiader przy restauracji kilka pięter niżej. Podobno taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w historii obiektu. Na pocieszenie dostajemy pod drzwi parę butelek wody mineralnej do picia, zaś na przeprosiny, podczas wymeldowania, hmm, butelkę monastyrskiego wina:) Tyle, że my się zupełnie nie gniewamy. Tym bardziej, że nie musimy wcale płacić za pobyt. Pierwszy raz w czasie naszych wszystkich podróży zdarza się, aby w zamian za jakąś niedogodność, hotel zrezygnował z zapłaty. To dla nas zupełnie nowe podróżnicze doświadczenie:)
Możemy też przedłużyć dobę hotelową do czasu usunięcia awarii, czyli o jakieś dwie godziny, żeby móc się wykąpać przed dalsza podróżą. Niestety nie mamy tyle czasu i decydujemy, że po śniadaniu (także w gratisie:) oraz zwiedzeniu monastyru, ruszamy w dalszą drogę - wraz z naszym brudem, trzema butelkami wody mineralnej i monastyrskim winem. Ale za to z jakimi wspomnieniami:)
*****
Monastyr Osogovski położony jest w górach, jakże cudownie zielonych, wzrok z ulgą wypoczywa po zmęczeniu żółtym krajobrazem dnia poprzedniego. To wyjątkowo piękne miejsce w każdym calu - podoba mi się nasz prosty pokój, podziwiam cały obszerny kompleks hotelowy dla pielgrzymów, nie mówiąc już nawet o zachwycie nad klasztorem z cerkwią.
Malowidła otaczające wejście do jej środka po prostu mnie urzekają. Jaką wyobraźnię musiał mieć człowiek, który je stworzył, uzewnętrzniając w ten sposób swoją niezwykłą wizję świata. Siedzę pod nimi na ławeczce i siedzę, i wprost nie mogę się napatrzeć na detale tej naściennej sztuki. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam.
A z kolei po wejściu do środka nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Święty Joakim Osogovski nie spuszcza ze mnie wzroku. Ach, co to za przeżycie. Na pewno tu wrócę, nawet gdybym znów miała się nie myć:)
*****
Polskojęzyczna rodzina amerykańskiej Serbki jest przemiła. Spotykamy się po raz kolejny podczas śniadania. Po polsku mówi jej mąż, teściowa i szwagierka. Z ostatnią z nich połączy mnie bliższa więź. Janę zaliczam od tamtej pory do swoich facebookowych znajomych.
Seniorka rodu opowiada nam jego związaną z Polską historię. To opowieść o wojnie w macedońskiej części Grecji, emigracji do Szczecina i przeprowadzce wraz z mężem i dziećmi do Macedonii Północnej wówczas, gdy było to możliwe. Jana i jej brat urodzili się w Polsce, może już nie tak dobrze pamiętają język jak ich matka, ale rozumieją, co do nich mówimy.
Nie pytaliśmy naszej rozmówczyni o narodowość. Ale to wątek podróży związany zarówno z historią Macedonii, jak i Grecji.
*****
Jakim ciepłym wspomnieniem pozostaje to pierwsze pyszne macedońskie śniadanie, którym delektujemy się w przemiłym polskojęzycznym towarzystwie na restauracyjnym tarasie z widokiem na kopuły monastyru. Seniorka rodu tłumaczy nam, że oto w Macedonii powstał nowy trend, zwany turystyką monastyrową. Zdziwieni stwierdzamy, że z naszymi obecnymi planami właśnie się w niego wpisujemy. Najbliższe noclegi mamy zaplanowane w Monastyrach Treskawiec i Sveti Naum. Rzeczywiście pierwsze trzy dni (noce) w Macedonii stały się naszą turystyką monastyrową, nawet, jeśli o niej wcześniej nie słyszeliśmy.
Ale mamy w związku z tym pewien problem: 'nocleg w Treskavcu' zaplanowaliśmy na podstawie informacji z bloga, który się pojawił jako pierwszy po wpisaniu powyższego hasła w google. Nie do końca odrobiliśmy lekcję związaną z przygotowaniem do podróży, naprawdę nie było czasu na wiele więcej. Ale ucieszyło nas, gdy przeczytaliśmy tam: “W Treskavcu goście mogą liczyć na bezpłatny nocleg w skromnie zagospodarowanych pokojach” (blog dwakapi.pl)
Podjęliśmy natychmiastową decyzję, choć jej przesłanki były tylko kruchym lodem, po którym nie powinno się stąpać. Intuicyjnie jednak czuliśmy, że o takie miejsce w tej podróży właśnie nam chodziło. Oczywiście, gdyby ten plan nie wypalił, to na wszelki wypadek w bagażniku podróżował z nami cały sprzęt turystyczny: od namiotu, karimat i śpiworów po stoliczek i krzesełka turystyczne. Ale nie jesteśmy już młodzieniaszkami, średnio czujemy się w płóciennym domku i oczywiście wolelibyśmy mieć prawdziwy dach nad głową.
I tu z pomocą wkracza Jana wraz ze swoim facebookiem i jego możliwościami. Szybko pisze wiadomość do Monastyru w Treskavcu. Zanim skończymy śniadanie, nadchodzi upragniona odpowiedź. Treskavcowy mnich wyjechał, ale przenocować można. Hurrra! Szczęście nam sprzyja. Nie dość, że mamy nocleg, to jeszcze poznaliśmy Janę o wielkim sercu. Na facebooku oglądam fotografie jej psów i słucham opowieści o tym, jak im pomaga. To niesamowite, jakich ludzi przynoszą nam podróże. Takich rzeczy po prostu zaplanować się nie da.
Z kolei brat Jany pokazuje mi na swoim aparacie fotografie ptaków. Są wprost zjawiskowe, od razu rozpoznaję zawodowca. I wcale się nie mylę, fotograf ma na swoim koncie ptasi film wyemitowany przez CNN. Ale też sprzęt, który leży sobie obok talerza z serami na kawiarnianym stoliku robi wrażenie, jakby za niego można było kupić połowę monastyrskiego hotelu. To pierwszy, lecz nie jedyny, fotograf ptaków, którego poznamy w czasie tej podróży. To śniadanie pod Monastyrem Osogovskim w ogóle jest w naszej wakacyjnej przygodzie jak moment zawiązania wielowątkowej akcji. Cóż, musimy się w nią wreszcie włączyć, choć z przyjemnością byśmy jeszcze spędzili czas z przemiłą rodziną i pogrążali się w nicnierobieniu. Dobrze nam tu, gdzie Święty Joakim ma na nas oko i z ociąganiem zbieramy się w dalszą podróż.
Matka Jany radzi, by po drodze wstąpić do monastyrów w Strumicy i ... (nie pamiętam nazwy - wpiszę, jak tylko Jana mi ją poda,napisałam do niej w tej sprawie na messengerze). To taka rada - prezent dla mojego męża, który jakby nie było, zaliczył jeden semestr kursu malowana ikon. To nic, że na razie nauczył się tylko malować tło w postaci domków i skałek:) - miłość do tego rodzaju sztuki prowadzi nas właśnie po Bałkanach. Mama Jany jest pewna, że wskazane przez nią miejsca będą dla męża wyjątkową inspiracją.
Brakuje słów, by podziękować przemiłej polskojęzycznej rodzinie dawnych uchodźców wojennych za to spotkanie w podróży. Już sam fakt nieoczekiwanego zetknięcia, w zagubionym daleko od świata zakątku Północnej Macedonii - z polską historią w tle, sprawił ogromną radość. Nadszedł czas pożegnania ze wspaniałymi ludźmi, choć na pewno nie z opowieściami o Grecji i emigracji. To pierwszy, lecz nie ostatni grecki motyw naszej podróży.
Grecja wzywa męża do powrotu już od kilku lat, nie udało się jej jednak “wcisnąć” w bogaty program tegorocznego wyjazdu. Mimo to odciśnie ona wyraźne piętno na obecnej wakacyjnej przygodzie, która zaskoczy nas jeszcze niejedną grecką niespodzianką.
*****
Niestety, nawet ogromne umiłowanie do ikon i sztuki ich malowania nie zaprowadzi nas tego dnia do monastyrów w Strumicy i ... (no tego drugiego, na którego nazwę czekam). Nie mamy tyle czasu. Tym bardziej, że chcemy jeszcze po drodze zobaczyć obiekty sakralne w okolicy.
No i choć może nie wybraliśmy najlepiej, bo pierwszy z nich (Cerkiew Świętego Jerzego) był zamknięty na głucho, a drugi (Monastyr Świętej Trójcy), mimo że ładny, wyglądał, jakby go zbudowano tuż przed naszym przyjazdem, to i tak byliśmy zadowoleni.
Bo w drodze do nich mieliśmy kilka zaskakujących spotkań: smutne - z niewydojoną kozą, radosne - z bardzo przyjaznym osłem, który wybiegł nam na przywitanie prawie prosto pod koła, a jego śmiech był po prostu niezapomniany, a na koniec z bardzo przyjaznym pasterzem, równie niezapomnianym.
Miło było słuchać jego opowieści - o podobieństwie języków, rozumieniu polskiego, a także poznać historię pożarów, które przyszły z Bułgarii i spustoszyły okolice.
Niestety, znów czas się żegnać - ponownie odjeżdżamy z niedosytem po kolejnym spotkaniu w podróży. Jedziemy w stronę gór, tak wysokich i poszarpanych, że aż trudno nam uwierzyć, iż nasza trasa zaprowadzi nas gdzieś między ich szczyty. Po drodze mamy niezwykle burzliwą dyskusję, na temat polskiej nazwy dla osoby, która tworzy ikony.
Ikonopis - upieram się przy takim słowie. Jest niecodzienne, zabarwione kolorytem Wschodu, w moim odczuciu oryginalne. Mąż stoi na stanowisku, że to rusycyzm i że trzeba szukać polskiego odpowiednika. Czyli, że jak? Malarz ikon - jakże to brzmi pospolicie, niewiele lepiej od sformułowania “malarz powierzchni ściennych”, nie oddając wcale specyficzności i mistycyzmu profesji. Z kolei ikonopisarz to dla mnie jakiś potwór językowy, dosłowne tłumaczenie robi z twórcy taką nazwą prawie dziwoląga. Inne określenia na zasadzie opisu czynności też do mnie nie przemawiają. Ikonopis i już - dla mnie to właśnie tak zostanie.
W takiej atmosferze semantycznego sporu dojeżdżamy wreszcie do Prilepa. Przed odosobnieniem się w górach, skrywających Treskavec, musimy jeszcze się posilić. Stajemy pod pierwszą lepsza knajpą przy drodze i to okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jakie wspaniałe uwijacze (zarówno pileszki, jak i swinski) serwują w restauracji Alszan (o ile dobrze rozszyfrowałam jej nazwę z macedońskiego:). Kto spróbuje, ten nie pożałuje. A do tego wino domu (Vinery Dalvina) - podawane do stołu w półlitrowych karafkach. Pierwsza macedońska degustacja - i od razu zachwyt.
Ale możliwe, że to po prostu dlatego, że znów zachwyca mnie właściwie każda rzecz na naszej drodze. To był taki dobry dzień, wszystko mnie cieszy i do wszystkiego jestem nastawiona pozytywnie.
Mąż kierowca nie może pić? Nic nie szkodzi, wypiję za niego:) To, że po zmęczeniu podróżą i temperaturze, powodującej omal przegrzanie, wino uderza do głowy jak rzadko kiedy - to też nic nie szkodzi. Jest przecież wspaniale, widać już monastyr, do którego wspinamy się jakże niewiarygodną w swej urodzie dróżką. Nastrój mam taki, jakbym po winie w Prilepie nabawiła się epizodu manii i na takiej nastrojowej górce docieram do Treskavca.
O tym, że miał tam miejsce pożar, wiedzieliśmy z internetu, a także od rodziny Jany. Cerkiew jest mocno uszkodzona, ale wokół niej widać postępujące ślady remontu. Niektóre z otaczających ją zabudowań są już w znacznej mierze doprowadzone do stanu, w którym widać, jak będą wyglądały w przyszłości i to właśnie tam postanawiamy urządzić sobie bazę noclegową. W pomieszczeniu z widokiem na cerkiewne wejście (bo wiadomo, widoki przede wszystkim:) rozkładam nasze koce i poduszki, karimaty i śpiwory też doczekały wreszcie w tej podróży opuszczenia bagażnika. Jesteśmy przygotowani do noclegu.
I wtedy zjawia się mnich. Zauważam go, idąc do cerkwi. Cieszę się, że jednak powrócił na nocleg w swoim monastyrze. Wciąż w mega uniesieniu doganiam naszego gospodarza, bo jednak dobre wychowanie wymaga, by przedstawić mu osoby, które będą dziś u niego spały. Pytam, czy pomieszczenie, które wybrałam na nocleg jest odpowiednie i czy nie ma nic przeciwko temu?
I słyszę, że ma. Nie możemy tutaj nocować, bo on jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas prac remontowych. Po prostu to wbrew przepisom.
Ale jak to? Przecież pisaliśmy (Jana) na facebooku i dostaliśmy zapewnienie, że możemy tu spędzić noc, czyż nie? Mieliśmy zgodę - sytuacja mnie przerasta i wciąż do mnie nie dociera, co mówi mnich. Patrzy na mnie z wyrozumiałą cierpliwością, gdy ja jak katarynka powtarzam swoje, nie mogąc ogarnąć tego, co się dzieje: przecież ta prośba na facebooku, pozytywna odpowiedź, byliśmy pewni, że to wszystko ok, no co jest? Czy mnich tego nie rozumie? Facebook, drogi Mnichu, przypomnij sobie, facebook...
- Ale my tu nie mamy facebooka - słyszę odpowiedź.
O, nie!
*****
Długo nie docierało. Może to macedońskie procenty, a może zbyt to było piękne i wyczekane, żeby tak po prostu dać się wyprosić. W końcu dotarło. Mnich wyjaśnił, że mają kłopot, bo ktoś w internecie podszywa się pod ich monastyr. Usłyszałam w głowie trzask walących się marzeń.
Podkuliłam ogon. Próbując jeszcze ratować ich okruchy, pokornie spytałam, czy w takim razie możemy rozłożyć się przed bramą (na zewnątrz monastyru), widziałam tam ławeczki (bo rozkładanie namiotu po ciemku przekraczało nasze możliwości). Tak, na to uzyskałam pozwolenie bez trudu. Mnich skierował się do bramy i zapalił tam dla nas światło.
- Nie trzeba, nie jest nam potrzebne - gorliwie zapewniam, nie chcąc już sprawiać więcej kłopotu. Mnich zgasił światło. Spojrzał na mnie i chyba wyobraził sobie moje pomieszane uniesienie z gorliwością, zagubione w ciemnościach nocy za bramą klasztoru. Jeszcze chwilę się wahał. A potem machnął na mnie ręką...
W taki oto sposób zdobyłam zgodę na zanocowanie w jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, z jakim się kiedykolwiek zetknęłam. W duchu podziękowałam macedońskim procentom, które nie pozwoliły tak łatwo uwolnić się mnichowi od mojej obecności. Które kazały mi za nim dreptać i na okrągło tłumaczyć to, co było raczej niewytłumaczalne.
Hurrra! Szczęście naprawdę nam sprzyja. Przede mną jedna z niewielu w moim życiu nocy pełnych nieziemskiej magii.
CDN